Mazury 2021

W połowie wakacji 2021 całkowicie spontanicznie pojawił się pomysł modelarskiego żeglowania. Kto stał za tym pomysłem trudno dziś z całą pewnością ustalić, chodzą słuchy, iż był to Darek S. Tak, czy inaczej Flacha wziął sprawy w swoje ręce i w trybie pilnym postawił na nogi szkieletową załogę IPMS Warszawa w składzie: Flacha, Tomek P, Bondarek i Bondarek Junior. Trzeba przyznać, że długo nie musiał namawiać. Kiedy już wykrystalizował się skład „Drużyny Żagla”, stało się jasne, że potrzebna jest jakaś napędzana siłami natury jednostka pływająca. Rozpoczęły się poszukiwania właściwego statku i tu znów nieoceniony okazał się Flacha i jego mniej lub bardziej tajemnicze kontakty w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich. Sobie tylko znanymi sposobami niemal w szczycie sezonu wyczarował możliwość czarteru jachtu Tango 780 od kursmazury.com. Po tym niewątpliwym sukcesie organizacyjnym rozpoczęły się przygotowania sprzętu osobistego, czyli wyprawy do różnych specjalistycznych sklepów, gdzie szczury lądowe mogły uzupełnić garderobę. Nie zapomnieliśmy też o zapasach żywności i napojów niezbędnych na męskich wyprawach 😉.

Tak oto nadszedł poniedziałek, dzień w którym rozpoczyna się ta przygoda. Jak powszechnie wiadomo, nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku, dla nas był to przejazd z Winterfell (Tarchomin) do Lufthangar Ursynów, gdzie dołączył Tomek P. Kolejny przystanek to oczywiście leśne ostępy Sulejówka, skąd zabraliśmy na pokład Flachę. Niestety wielkość automobilu nie pozwoliła zapakować gitary, więc przez resztę drogi słyszałem regularnie powtarzane „że następne auto musi być kombi”. W takiej oto wesołej atmosferze popołudniem dotarliśmy do celu, niewielkiej miejscowości Kalinowo nad jeziorem Tajty, niedaleko Giżycka gdzie zostaliśmy serdecznie przywitani przez gospodarzy i jednocześnie armatorów, Anię i Adama. Na miejscu dołączył ostatni członek załogi, przyjaciel Flachy, Komar, który został naszym kapitanem. W ten sposób Drużyna Żagla była w komplecie i została zaokrętowana na jachcie. Czas płynął nieubłaganie i zrobił się wieczór, który poświęciliśmy na tzw. „beforek”. Sprawdziliśmy jakość specjałów przygotowanych na rejs, a przy pomocy własnej roboty cydru ugasiliśmy pragnienie. Niestety zapasy cydru okazały się dalece niewystarczające i na krypę nie było już co zabierać. Tego wieczora ustaliliśmy ogólny plan wyprawy … na północ.

Wtorek miał być pierwszym dniem żaglowym, pogoda wbrew wcześniejszym prognozom świetna. Po śniadaniu żegnani z lądu odcumowaliśmy i na motorku wypłynęliśmy na jezioro. Tam kapitan w więcej niż kilku bardzo męskich słowach przekonał nas, że szoty foka należy wybierać szybko, bardzo szybko. Kiedy już nieco opanowaliśmy ciąganie tych „sznurków” trzeba było składać maszt, oczywiście operacja ta znów wywołała lawinę bardzo, bardzo męskich słów. Kiedy to już jakoś ogarnęliśmy i przeszliśmy kanałem na jezioro Kisajno zaczęło się żeglowanie. W drodze do portu Zdorkowo wciąż robiliśmy zwroty z bajdewindu jednego halsu na bajdewind drugiego halsu. W ten sposób przepłynęliśmy jeziora Kisajno i Dargin, a wieczorem przycumowaliśmy przy kei w Zdorkowie.

Środę rozpoczęliśmy „bożym” śniadaniem i kawką na powietrzu. Pogoda nieco mniej słoneczna niż dzień wcześniej, ale wciąż lepsza od prognoz. Naładowani energią i kaloriami ochoczo rzuciliśmy się na wodę. Cel główny to Kietlice na jeziorze Mamry. Po drodze jednak trzeba było zatankować, więc udajemy się do Sztynortu. Tankowanie i szybkie zakupy, a zaraz potem na Mamry. Most Sztynorcki, trzeba złożyć maszt i znów bardzo męskie słowa kapitana, choć nieco mniej niż poprzednio. Wiaterek trochę wieje, tak ok. 5 Bft, wiec śmigamy całkiem szybko, a fok już nie łopocze, jest dobrze, ba nawet świetnie. Tego dnia pierwszy raz dzierżyłem ster, można więc powiedzieć, że zostałem „rozdziewiczony” właśnie przez jezioro Dargin. Wchodzimy na Mamry i kierujemy się bezpośrednio do Kietlic. W drodze zaczęło trochę padać i niestety stan ten z małymi przerwami trwał do końca wyprawy. Wieczór spędziliśmy w lokalnej tawernie przy szantach i złocistym płynie.

Kolejny dzień rozpoczął pewną świecka tradycję, ten właśnie czwartek był pierwszym ze śniadaniami w formie szwedzkiego stołu. Tradycję tę kultywowaliśmy do samego końca przygody, jako wiekowi bądź co bądź żeglarze możemy oczekiwać nieco więcej wygód. Pogoda nie rozpieszczała od rana, więc padł pomysł spaceru nad kanał mazurski i bunkry w Mamerkach. Z opowiadań autora pomysł wydawał się przedni. Zobaczyć tak wielką choć nieukończoną budowlę hydrotechniczną i równie imponujące poniemieckie bunkry. Przy śniadaniu powstaje prosty plan: rejs do Mamerek, spacer wzdłuż kanału do nieukończonej ostatniej śluzy, a wracając jeszcze zahaczymy o bunkry. Jest plan, to do dzieła. Pogoda kiepska, pada deszcz, przelotny bo przelotny, ale jednak pada. Krótki rejs i cumowanie w Mamerkach i tu pierwsza zagwozdka, wg pani, która pobiera opłaty, do śluzy jest ok 5 km, a nie 3 do 4, jak myśleliśmy wcześniej. Jeden kilometr więcej to nie jest przecież wiele, więc nie ma się co martwić, idziemy!

Pierwsze pół kilometra to w zasadzie spokojny spacer, pierwsze problemy pojawiają się przy zejściu z nasypu starego mostu kolejowego, ale dajemy radę, idziemy dalej. Kolejne pół kilometra, to walka z błotem i drobnymi poślizgami. Pierwszym ostrzeżeniem był moment, kiedy Tomek omal nie ześlizgnął się z wału wprost do kanału. Sytuację udało się opanować i kontynuowaliśmy. Ścieżka raz po raz znikała w chaszczach i krzakach, trzeba pokonywać zwalone, mokre drzewa, ale jakoś się przedzieramy. Złorzecząc pod nosem krok za krokiem brniemy coraz dalej. Połowa składu nosi już ślady bliskiego kontaktu z matką Ziemią, ale na razie obyło się bez strat osobowych. Docieramy do małego poprzecznego rowu, trzeba go nieco obejść i wejść na niewielki pagórek. Posuwamy się kolumną, Flacha idzie w ariergardzie, a ja bezpośrednio przed nim. Nagle zadudniła ziemia, kiedy już zdążyłem się odwrócić Flacha leżał na plecach i próbował złapać oddech. Kiedy Flacha już się pozbierał, mówił, że nie ma pojęcia co się stało, ale nagle zobaczył swoje buty na tle nieba. Drużyna poniosła pierwsze straty, choć jeszcze nie wiadomo było jak poważne, w końcu adrenalina wciąż działała. My modelarze nie jesteśmy miękiszonami i nie poddajemy się tak łatwo, toteż idziemy dalej i dalej. Zwątpienie w sens poświęcenia coraz bardziej wdziera się do umysłów i potęguje chęć powrotu. Kiedy pojawiają się głosy o zawróceniu pojawia się też iskierka nadziei, grobla, która pozwala przejść na drugą stronę kanału, gdzie znajduje się szeroki i stosunkowo wygodny szlak. W nasze przepełnione zwątpieniem serca wlewa się nowa nadzieja. Jest szansa na dotarcie do celu. Już bez większych niespodzianek zdobywamy ostatnią śluzę na kanale. Już jesteśmy w ogródku, już witamy się z gąską, a niebiosa jakby się uwzięły, lunął rzęsisty deszcz. W ostatniej chwili udało się schować pod dachem obsługi parku linowego, przeczekaliśmy deszcz i rozpoczęła się sesja zdjęciowa. Zrobiliśmy to!

Droga powrotna to historia walki z błotem, śliską ścieżką , oblepionymi ciuchami i padającym niemal bez przerwy deszczem. Każdy krok jest coraz trudniejszy i wymaga coraz większego wysiłku. Dodatkowo Flacha coraz bardziej odczuwa konsekwencje upadku. Idziemy jeden za drugim, każdy pogrążony we własnych myślach a niebo jakby się uparło utopić nas w tym błocie. Postanawiamy cały czas iść tą wydawałoby się łatwiejszą stroną kanału. Niestety ścieżka kończy się na starym moście kolejowym, musimy przedostać się na drugi brzeg, a most jest naprawdę stary! Deski sprawiają wrażenie jakby zaraz miały się rozpaść na milion kawałków, kiedy tylko postawisz na nich nogę. Ostrożnie, krok za krokiem przeprawiamy się przez ten nieszczęsny most, pozostało ok. pół kilometra. Niemal cały dystans pokonujemy ślizgiem, wreszcie docieramy do łajby. Z bunkrów nici!

Odcumowujemy, odpalamy katarynę i wracamy do Kietlic.

Piątek miał być przedostatnim dniem naszego żeglowania, okazało się jednak, że możemy przedłużyć rejs do niedzieli z czego ochoczo skorzystaliśmy. Plan na piątek zakładał pożeglowanie po Mamrach i porting w Sztynorcie. Wiało już bardzo mizernie, ale mimo to udało się Tomkowi trochę posterować jachtem i posmakować jak to jest być kapitanem. Bez większych przeszkód wieczorem docieramy do portu, po drodze jedząc w Ogonkach obiad. Cumujemy a po ogarnięciu łodzi wieczorny relaks i spać.

Ostatnie dwa dni w zasadzie pływamy tylko na silniku, wszyscy na żaglach stoją na wodzie. Zupełna flauta! Jako, że z naturą nie wygrasz pyrkamy sobie spokojnie przez centrum Giżycka do portu w Wilkasach. Ostatnia noc na Mazurach, niestety.

W niedzielę pozostało już tylko dopłynąć do Kalinowa, posprzątać jacht i wracać do domów. Tak też uczyniliśmy. W strugach deszczu na motorku pokonaliśmy trasę do ostatniego portu. Zapakowaliśmy się do samochodu i w drogę. Ostre brzmienie „Money for Nothing” czy The Cranberries sprzyjały dynamiczniej jeździe, z czego kierowca skwapliwie korzystał. Granatowy rydwan połykał kolejne kilometry i nim się obejrzeliśmy, trzeba było żegnać pierwszego członka załogi. Wieczorem wszyscy byli już w domach, a pierwsze modelarskie żeglowanie zostało zakończone.

Długo zastanawiałem się jak można podsumować ten wypad. Wszystko co wymyśliłem wydaje mi się wyjątkowo infantylne i całkowicie nieadekwatne do zapamiętanych wrażeń i emocji. W zasadzie jest tylko jedno stwierdzenie, które ciśnie się na usta: było po prostu zajebiście!(sic!). Była to pierwsza, ale zdecydowanie nie ostatnia żeglarska przygoda członków IPMS. Chyba wszyscy uczestnicy zgadzają się, że w przyszłym roku koniecznie musimy to powtórzyć.

Tekst i zdjęcia: Darek Bondyra

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*